środa, 24 czerwca 2015

Na kaczy...

... przyczlap od bumbulatora...obiecalam sobie przez jakis czas pisac tylko o przyjemnych rzeczach, ale nie moge.... wiec stad cisza... nic sie nie zmienilo z wychodzeniem... dwa razy zemdlalam... ostatnio nawet zle mi sie zrobilo gdy tylko podeszlam do drzwi... nie jest ciekawie... psychiatra nie oddzwania... praktycznie jestem znow wiezniem swojej rozhisteryzowanej glowy i czterech scian... nie wychodze nawet na balkon.... mam sie nie stresowac... jak ja mam sie nie stresowac, gdy powinnam wychodzic systematycznie na spacery, a boje sie zgubic psa jesli zaslabne na ulicy! Wmawiam sobie, ze przeciez nic sie nie dzieje, a organizm ma swoje wlasne plany. Nawet wrogowi nie zycze takiej pulapki w jakiej sie znalazlam...

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Obudzilam sie...

...dzisiaj po kilku godzinach snu. Zanim otworzylam oczy pomyslalam - chwilo trwaj. Zero jakichkolwiek dolegliwosci. Pod reka czulam cieple futerko wtulone we mnie. Otworzylam oczy. Zobaczylam Pytlusie lezaca na pleckach. Moja reka lezala na jej brzuszku. Ona dwoma lapkami trzymala sie tej mojej dloni. Pyszczek miala otwarty i cichutko posapywala. Usmiechnelam sie na ten widok. Moglam spokojnie przyjrzec sie jej szczerbatym zabkom, ktore wypadly, ktore juz odrosly. Nie wiem jak dlugo tak sie przygladalam. Poczulam sie naprawde blogo. Po jakims czasie Pytlusia kichnela, zauwazyla, ze na nia patrze, zerwala sie na swoje cztery lapy i na powitanie zaczela pytlowac jezorkiem po calej mojej twarzy mlaskajac smiesznie i dziko merdajac ogonkniem, jakby wrocila z bardzo dlugiej podrozy. Zaczelam sie z nia bawic. Przyniosla misia. Polozyla go przede mna. Gdy wyciagnelam do niego reke, zlapala go szybciutko i uciekla. Tak kilka razy. Cieszyla sie jakby sprawialo jej przyjemnosc, ze udalo jej sie zrobic mnie w konia. Potem przyniosla pileczke. Gdy ja rzucilam biegla smiesznie w podskokach, boksujac czasami w miejscu, bo jej sie lapki slizgaly po parkiecie, futerko rozwiane, szczescie wymalowane na pyszczku. Przynosila ja z powrotem i czekala, az rzuce z powrotem. Ile ten piesek ma energii!! Potem pileczka jej sie znudzila to zaczela biegac po calym mieszkaniu w kolko. Smigala jak blyskawica. Zatrzymywala sie chwilami i cos tam pod noskiem powarkiwala, jakby mowila mi, abym sie tez ruszyla i z nia pobiegala. Skonczyla ten maraton gdy w ktoryms momencie nie wyrobila sie z zakretem i uderzyla glowka w fotel. Chyba zabolalo, ale nie pisnela ani razu. Bawilam sie z nia dalej. Potem wstalam wreszcie, poszlam zrobic sobie kawe i pierwsze sniadanie od kilku dni. Zanim wzielam sie za swoje sniadanie, usiadlam na podlodze i zaczelam brac chrupki w rece i udawac, ze je jem. Dopiero wtedy Pytlusia zainteresowala sie swoim jedzonkiem. Odglos schrupywanego jedzonka szczerbatymi zabkami rozczulil mnie. Postanowilam, ze dzisiaj, chocby nie wiem co, nie bede narzekac. Dzien zaczal sie pieknie...niech trwa...

Oto moj Promyczek :)

niedziela, 21 czerwca 2015

Wiesci...

... o moim piatkowym 'wystepie' na chodniku rozniosly sie po moim bloku jak virus. Dostaje maile, telefony i smsy. Wszystkie pelne cieplych slow, troski i porad. Nie wiedzialam, ze mam tylu zyczliwych ludzi naokolo. Od trzech miesiecy, odkad mam Pytlusie, nagle okazalo sie, ze mam do kogo usta otworzyc. Ludzie pamietaja moje imie. Czasami przychodza na kawe odwiedzic Pytlusie. Mam z kim ja zostawic gdy musze wyjsc do lekarza. Dziwnie sie z tym czuje. Nie jestem przyzwyczajona. Nawet  nie wiem jak mam reagowac i czy w ogole. Tym bardziej po piatku jest mi  zwyczajnie w swiecie wstyd. Zamknelam sie w mieszkaniu. Boje sie wychodzic na zewnatrz. Boje sie zgubic Pytlusie jesli zemdleje na ulicy, albo bede miala podobny atak paniki. W domu leze. Glowa boli. Nudnosci mecza. Szumy w uszach doprowadzaja mnie do szalu. Zawroty glowy w polaczeniu z nudnosciami to jest jazda sama w sobie. Jak mnie juz ze szpitala odeslali to przeciez nie mam po co jechac tam z powrotem. Zostawilam wiadomosc na maszynie mojemu psychiatrze, ze musze sie z nim jak najszybciej spotkac. Ciekawa jestem kiedy oddzwoni. Jestem w rozsypce.
Dzisiaj zadzwonil sasiad i zakomunikowal mi, ze zabiera mnie i Pytlusie na spacer. Zgodzilam sie. Poszlismy do sklepu po zakupy. To byl krotki marsz. Wesoly. Smialam sie. Pytlusia dokazywala. Zrobilismy zakupy. Skierowalismy sie w strone parku dla psow.... i na raz zrobilo mi sie ciemno przed oczami, duszno, zaczelo mi brakowac tchu, nudnosci uderzyly ze zdwojona sila, zawroty. Powiedzialam, ze nie dam rady, musze do domu. Powrot zajal mi moze niecale cztery minuty. Weszlam do domu, zdazylam polozyc sie na podlodze i zemdlalam!!!

Serio, c o   j a   m a m   r o b i c?


sobota, 20 czerwca 2015

Wczoraj...

...wyladowalam na pogotowiu. Poszlam z Pytlusia na spacer. Bylysmy nawet w sklepie. Zrobilam zakupy. Obladowana wracalam do domu. Byl wieczor. Przyjemny chlodek. Spotkalam swoja sasiadke z psem. Zaczelysmy rozmawiac o przyjemnych sprawach. Pieski bawily sie razem. Sielanka. Stalysmy tak moze z pol godziny i postanowilysmy wracac do domu. Zrobilam pare krokow i film mi sie zaczal urywac. Zrobilo mi sie ciemno przed oczami, nudnosci zaciskaly mi gardlo, okropny bol glowy i wrazenie, ze moja klatka piersiowa sie pali i zaciska w imadle i wielka trudnosc w lapaniu powietrza. Stopy, rece i twarz zaczely mi dretwiec. Puscilam smycz i upadlam. Jakis facet zadzwonil po pogotowie. Sasiadka chyba lapala psy, bo z wrazenia i swoja smycz puscila. Pomyslalam tylko, ze tak chyba wyglada zawal serca. Karetka zabrala mnie do tego samego szpitala, w ktorym dzien wczesniej mialam tomografie glowy. Dwa razy zatrzymywali sie po drodze, aby mi zrobic EKG, bo cos im nie wychodzilo. Sprawdzili cisnienie. Dali mi jakies tabletki do ssania. Zalozyli maske z tlenem. W szpitalu lekarze zrobili wszelkie mozliwe badania. Na koniec dowiedzialam sie, ze fizycznie nic mi nie dolega i jestem zdrowa jak kon. Problem lezy w mojej glowie. Dowiedzialam sie, ze te wszystkie bole glowy i atrakcje z nia zwiazane to jest moja depresja. A to na ulicy? To byl atak paniki! Mowie mu, ze wyjatkowo milo plotkowalam sobie z sasiadka, ze wyjatkowo bylam zrelaksowana, nie myslalam o niczym zlym i tak nagle takie cos? Powiedzial mi tylko, ze stres manifestuje sie na rozne sposoby i w roznych chwilach. Lekarz wyjatkowo przygotowal dla mnie kopie wszystkich badan jakie zrobili w szpitalu, wyniki tomografii, napisal tez dodatkowo list od siebie, wreczyl mi to wszystko i powiedzial, ze musze jak najszybciej z tymi papierami pojsc do mojego psychiatry. Kurtyna!

czwartek, 18 czerwca 2015

Dzisiaj...

... mialam powtorke z rozrywki. Swiatlowstret, nudnosci, dusznosci, dreszcze, zawroty i silny bol glowy. W szpitalu czekalam na swoja kolej prawie dwie godziny. Na oczach okulary przeciw sloneczne i czapka z daszkiem zaciagnieta na oczy. Gdy weszlam do mocno oswietlonej sali, zdjelam okulary i czapke, nie wytrzymalam i zwymiotowalam. Myslalam, ze sie ze wstydu spale. Rozryczalam sie. Posprzatali, zgasili swiatlo, przyniesli cos na uspokojenie i srodek przeciwbolowy. Zrobili badanie. Glowa nie przestala bolec. Lzy lecialy jakby sie kran zepsul. Tylko po jakims czasie zaczelam normalnie oddychac. Przynajmniej tyle. Wyszlam, wsiadlam w taksowke i pojechalam prosto na co miesieczna wizyte do psychiatry. Tam mi nerwy puscily zupelnie. Po pietnastu minutach stwierdzilam, ze koniec juz tego przedstawienia, przeprosilam, wstalam i wyszlam nie czekajac nawet az wypisze mi recepte na nastepny miesiac. Juz za plecami slyszalam jak mowil (korytarz jest dlugi), ze te bole moga byc zwiazane ze wzmozonym stresem, bo depresja, bo pies, bo czestsze wychodzenie z domu itp. i jak sie  nic nie poprawi, abym pojechala do szpitala... psychiatrycznego...szlag by go trafil. Niech on spieprza do lasu drzewa liczyc! Ja nawet psychiatry nie  moge zmienic, bo znalezc nowego graniczy z cudem. Probowalam juz. Nie udalo sie. A musze go miec, bo inaczej moga mi rente zabrac. W domu wyplakalam sie Pytlusi w futro, polozylam sie i jakims cudem zasnelam! Moze wreszcie to co dostalam w szpitalu, zadzialalo? Spalam rowno osiem godzin!!! Obudzilam sie tylko z bolem glowy, bez dodatkowych atrakcji. Pytlusia nie marnowala czasu. Powyciagala swoje wszystkie (!) zabawki i poukladala naokolo mnie. Nawet swoj materacyk ze swojego lozka sciagnela i przyciagnela i polozyla przy mojej glowie. Nawet pusty koszyk po jej zabawkach lezal w poblizu mnie. Z siebie zrzucilam misia, szczurka i malpke. Nawet swoja ulubiona kosc jakos wcisnela w moj bok, ale mnie nie obudzila. Gdy to wszystko zobaczylam, jakze by inaczej, rozplakalam sie. Wstalam, doprowadzilam sie do porzadku i wyszlam z tym Pytlusiem na spacer. Jak ona sie cieszyla, jak skakala naokolo mnie, bawila sie wszystkim co udalo jej sie w pyszczek wcisnac, albo lapka popchnac. Bylo juz ciemno, wiec pomyslalam, ze nikt chyba mi juz mandatu dzisiaj nie wlepi i spuscilam ja ze smyczy pod blokiem. Chcialam, aby sobie swobodnie pobiegala, a ona jak na zlosc nie odstapila mnie nawet na krok. Pilnowala mnie jakby sie bala, ze jej uciekne. Usiadlam na laweczce pod blokiem, wiec ona rozsiadla sie przy mojej nodze i tylko rozgladala sie na boki. Co za dzien.

JAK SKUTECZNIE POPELNIC SAMOBOJSTWO...

... przewodnik...zapraszam:

Do Stay Flay...

Do Klarki...
Do Erraty...
Do Moe...
Do Gohaa...
Do Margerytki...
Do Blogoojca...

środa, 17 czerwca 2015

Prawie...

...caly dzien przelezalam w zaciemnionym pokoju, kiwajac sie na boki jak sierota, plakalam, jeczalam, z bolu glowy tak silnego, ze od czasu do czasu wymiotowalam. Zadne srodki przeciwbolowe nie zadzialaly. Gdybym mieszkanie miala na wyzszym pietrze, skoczylabym.
Pytlusia cichutko lezala caly ten czas przy mojej glowie. Jej futerko smeralo mi policzek. Nie ruszyla sie ze swego posterunku nawet na krok. Co jakis czas, gdy na chwile robilo sie cicho, dotykala mojej twarzy zimnym noskiem, jakby chciala sprawdzic czy zyje. Gdy sie do niej odzywalam zawsze chlapnela ze dwa trzy razy jezorkiem po mojej twarzy mlaskajac przy tym smiesznie. Nic nie zjadla caly dzien. Nie dotknela nawet jednego swojego smakolyka. Przez moment przeleciala mi nawet mysl, ze moze ona jest chora i powinnam jechac z nia do veterynarza. Aby wsiasc w taksowke i pojechac na pogotowie z moim bolem, nie blysnela mi ta mysl nawet przez ulamek sekundy. Jutro rano i tak bede miala w szpitalu tomografie glowy. Teraz dochodzi polnoc. Gdy ja zasiadlam do komputera, Pytlusia wreszcie poszla do swoich miseczek i slysze jak chrupie jedzonko. Chyba aniol stroz zeslal tego pieska do mojego zycia.

Tyle lat...

...plawie sie w tej swojej depresji jak nie przymierzajac kaczka w wodzie.
P.I.E.R.D.O.L.E. Byle do brzegu. Chce wyschnac!

wtorek, 16 czerwca 2015

Pytlusia...

...moj piecio miesieczny szczeniaczek o godzinie czternastej przemaszerowal przede mna z szelkami do smyczy trzymanymi w mordce. Usiadla sobie przy drzwiach i szelmowsko patrzyla na mnie smiesznie przekrecajac kudlaty lebek. Dalabym glowe, ze sie do mnie usmiechala. Rozplakalam sie na ten widok. |Co to zwierzatko jest winne, ze ma taka wredna opiekunke. Pierwszy raz od czterech dni poszlam prosto pod prysznic. Ubralam sie. Wlozylam do plecaka butelke z woda, miseczka i pare psich smakolykow. Zalozylam Pytlusi szelki, przyczepilam smycz i uszczesliwionego i podskakujacego z radosci psiaka wyprowadzilam na swieze powietrze upalnego dnia. Patrzac na jej nieopisana radosc polykalam lzy. Naciagnelam na oczy czapke z daszkiem i ruszylam przed siebie. Modlilam sie w duchu, aby nikt mnie nie zaczepial i nie zasypywal pytaniami o szczeniaczka. Mam wrazenie, ze tutaj na chodnikach w samym centrum wielkiego Toronto kazdy zyczliwie sie usmiecha. Zyczliwosc obcych ludzi wylewa sie uszami. Chcialabym byc niewidzialna. Nie mam sily odpowiadac usmiechem na usmiech. Biore pare glebokich wdechow. Przemykam ze spuszczona glowa w boczna cudem opustoszala uliczke i slysze za soba swoje i Pytlusi imie. Nie udalo sie. Musze sie odwrocic, przylepic usmiech do twarzy, pozartowac i porozmawiac o pogodzie i szczeniaczku. Pytlusia szczesliwa i w podskokach podbiega do naszego sasiada i zaczyna swoj uwodzicielski taniec starajac sie zmusic go do zabawy. Patrze z zachwytem na jej niezmacony entuzjazm. Patrze na rozanielona twarz sasiada. Usmiecham sie. Tym razem szczerze. Dobrze jest. Tylko te durne lzy ciagle pchaja sie na zewnatrz. Po kilku minutach mowie, ze sie spiesze i uciekam na druga strone ulicy. Znow oddycham gleboko. Zaczynam lapac co raz wiecej powietrza. Panika chyba powoli mija. Skupiam sie na wyglupach Pytlusi. Bawi sie szyszka. Podrzuca ja wysoko, kopie lapka i biegnie za nia. Tak po calym chodniku. Energia ja rozpiera. Ludzie sie zatrzymuja, zagaduja, usmiechaja sie. Juz zaczynam dochodzic do siebie. Tez sie usmiecham. Zartuje. Glaskam inne psy. Pytlusia robi sie zabawnie zazdrosna. Jest fajnie. Ciesze sie, ze zmusila mnie do wyjscia na spacer. Postanawiam w nagrode zajsc do sklepu dla psow. Juz z daleka widzi sklep i zaczyna ciagnac smycz i maszerowac prosto do sklepu, prosto za lade, bo wie, ze tam dostanie od wlasciciela jakies smakolyki. Zaczynaja sie wyglupy po sklepie. Wlasciciel bawi sie z nia i daje jej kawalki suszonego kurczaka. Pytlusia w biegu polyka kurczaka. Zrzuca zabawki z polek na podloge, ja po niej sprzatam, wlasciciel ja karmi i juz oficjalnie drapie po brzuszku, bo oczywiscie zaprezentowala mu cale swoje podwozie. Dobry nastroj udziela sie i mnie. Pytam o najdluzsza smycz jaka moze mi sciagnac ten pan do sklepu. Przeczytalam na fejsbuku, ze w Toronto kary za nie trzymanie psa na smyczy w parku i w miescie wynosi $360 i wzwyz... wiec skonczyly sie beztroskie zabawy na trawie. Postanowilam wiec kupic nowa osmiometrowa smycz. Wybieram tez zielony plaszczyk przeciw deszczowy, Pytlusia go przymierza. Wyglada bosko. W ogole jej nie przeszkadza ubranko na futerku. Kupuje tez smakolyki, ktorymi tak sie zajada w sklepie i dorzucam do tego wszystkiego dwie male kosci. Zaplacilam za wszystko jak za zboze, ale nawet okiem nie mrugnelam. Zakupy sprawily mi przyjemnosc. Musialam wyniesc psiaka na rekach, bo sie zaparla i nie chciala wyjsc. Powoli, bocznymi drogami, rozmawiajac po drodze z wlascicielami innych psow, wrocilysmy do domu. Uff. Przezylam. Radosc Pytlusi udzielila sie takze i mnie. Ciesze sie, ze wyprowadzila mnie na spacer :)
Po powrocie Pytlusia pomaszerowala prosto do swoich pelnych miseczek, a ja przygotowalam sobie obiad z ryby, awokado i ogorka kiszonego. Obejrzalam 587 odcinek Na Dobre i Zle. Otrzymalam telefon ze szpitala z wiadomoscia, ze w czwartek mam sie stawic na tomografie glowy. Czekalam na nia niecaly tydzien. Dzien uwazam za udany i zakonczony. Pytlusia buszuje teraz w swoich zabawkach, a ja? Ja.... hmmmm .... zobaczymy.... aby tylko wytrzymac jakos do jutrzejszego dnia... moze cos mi skutecznie zaiskrzy o tym jak z powrotem zawinac moje wyprasowane zwoje mozgowe...

Kolejna....

.... bezsenna noc. Piasek w oczach. Bol glowy. Szum w uszach. Strach.
Za oknem pochmurno. Pada deszcz. Pelargonie z balkonu pachna w calym mieszkaniu.
Wszystkie mozliwe swiatla zapalone. Ciagle jest mi za ciemno. Strach. Goraczkowo
zastanawiam sie czego tym razem sie boje? Ze zycia to nie nowosc, ale czego jeszcze?
Boje sie, ze musze wyjsc na  spacer. Boje sie, ze mojemu szczeniaczkowi jest ze mna zle.
Kupilam pieska trzy miesiace temu, aby wreszcie zmusic sie do regularnego wychodzenia
z domu. Zle zrobilam. Nie nadaje sie do codziennego wychodzenia na zewnatrz. Agorafobia
ze mnie ciagle wychodzi. Dwa lata spedzilam zamknieta w mieszkaniu. Po prostu po dwuletnim
nieskutecznym poszukiwaniu pracy wreszcie zaproszono mnie na rozmowe kwalifikacyjna, na ktorej uslyszalam, ze jestem za stara na prace w biurze, ze wiele lat spedzonych w jednej firmie nie jest zaleta, bo przez to na pewno sie nie rozwijalam i jestem do tylu z wszelkimi nowinkami komputerowymi, ksiegowymi itp. Nie mialam wtedy jeszcze czterdziestki! Podziekowalam za rozmowe, wrocilam do domu, zamknelam za soba drzwi i nie wyszlam z mieszkania przez nastepne dwa lata. Wylaczylam telefon, pozbylam sie kabla telewizyjnego i juz nie odezwalam sie do nikogo ze znajomych: przyjaciol, wrogow, nikogo. Nikt mnie zreszta nie szukal. Rozplynelam sie w niebycie. Ludziom to nie przeszkadzalo. Odetchneli z ulga. Nie mozna mnie bylo juz wykorzystac, wiec latwiej bylo o mnie zapomniec. Po co ludziom kula u nogi bez pracy, bez rodziny, bez checi do zycia. Nie dziwie sie.  Depresja z agorafobia to nie jest dobra kombinacja w kultywowaniu stosunkow miedzyludzkich. Po dwoch latach niezrozumialego uwiezienia we wlasnym mieszkaniu wyladowalam pierwszy raz w szpitalu psychiatrycznym. Dretwialam, pocilam i dusilam sie, gdy musialam nawet na chwile wyjsc z budynku szpitala do czego zmuszal mnie psychiatra i pielegniarki. Poza tym wegetowalam caly czas bezmyslnie w lozku, z otwartymi oczami wlepionymi w sufit. Po wszystkich mozliwych badaniach zaczeto mnie tam faszerowac silnymi psychotropami. Dziennie otrzymywalam dwadziescia dwie tabletki. Do wszystkich zajec bylam zmuszana grzecznie, ale stanowczo.  |Po prawie dwoch miesiacach w psychiatryku zaczelam wreszcie dobrowolnie brac prysznice, chodzic na joge, zajecia psychoterapeutyczne i usmiechac sie do ludzi nie uciekajac od nich. Wreszcie nadeszla pora na wypis ze szpitala. Wrocilam do mieszkania. Mialam na tyle energii, ze wreszcie moglam sama odgruzowac i doprowadzic je do jako takiej funkcjonalnosci. Cieszylam sie. Wydawalo mi sie, ze moge gory przenosic. Euforia z powrotu trwala moze dwa tygodnie. Potem wszysto nagle wrocilo do normy i wyladowalam z powrotem w psychiatryku po pol roku. Lekarz nie mial mozliwosci szpikowac mnie wieksza dawka lekow, wiec skierowal mnie na elektrowstrzasy. Przezylam, ale stracilam pamiec na pewien okres czasu. Wrocilam do domu. Wychodzilam tylko na wizyty do psychiatry.przez pierwszy rok raz w tygodniu, a potem przez nastepne piec lat, az do kwietnia tego roku, wychodzilam z domu tylko raz na miesiac... cale piec dlugich lat, z ktorych niewiele pamietam. Lata wyciete z zyciorysu, pelne psychicznego bolu, strachu, niepewnosci. Wizyty u psychiatry sprowadzaja sie teraz do tego, ze mu mowie czy wyszlam w miedzy czasie na dwor, czy nie... czy sie boje czegos czy nie... ze pogoda ladna/brzydka... ze ciagle leze w domu i gapie sie w sufit.. ze moje mysli kraza jak satelity wokol tego co bylo zle w moim zyciu, a przeciez to zle, nie bylo jakies tragiczne... ze mnie to przytlacza...ze nie chce mi sie zyc... ale nagle po trzeciej nieudanej probie, zaczelam sie takze bac, ze jak tak dalej pojdzie to zostane kaleka...co nie zmieniloby duzo mojej sytuacji, bo juz jestem kaleka umyslowa i nie bylabym wcale taka pewna, czy nie jest gorsza od fizycznej... fizycznie cialo samo potrafi sie zregenerowac czesciej niz umysl wyzwolic sie z imadla durnoty ...kalectwo fizyczne czesto (nie zawsze oczywiscie) wyzwala w ludziach wole walki o swoje zycie, kalectwo psychiczne ciagnie tylko do samodestrukcji...  jestem zwyklym wrakiem czlowieka, ktory boi sie nawet wlasnego cienia... ze jestem pasozytem... nic od siebie nie daje, a rece wyciagam do rzadu po rente na zycie i pieniadze na mieszkanie... ze moje ekstremalne lenistwo jest nie do ogarniecia... ze boje sie byc sama w swoim mieszkaniu na czwartym pietrze, ale boje sie tez wychodzic na zewnatrz...nie moge sobie poradzic z agorafobia, ale meczy mnie tez o dziwo klaustrofobia... ze wstanie z lozka i wziecie prysznica jest dla mnie wielkim wyzwaniem, a do tego ubranie sie i wyjscie z mieszkania urasta do problemu wielkosci Everestu....moj psychiatra to wszystko wie... on juz mi nic nie doradza... tylko gdy sie zapedzam w slepy zaulek to mi wmawia, abym wziela swojego mentalnego pilota, nacisnela guzik i zmienila kanal na lepszy program...wiec wracam myslami do lasu, w ktorym czuje sie w miare bezpiecznie... i pomyslec, ze on za ten las kosi grube pieniadze, a ja dalej wegetuje jak wegetowalam....dlatego w marcu stwierdzilam, ze przeciez jesli sobie sama nie pomoge to nikt mi nie pomoze... i stwierdzilam, ze potrzebny mi jest pies... jak pomyslalam tak zrobilam ... na siedemdziesiatej piatej stronie portalu handlowego wpadlo mi w oczy zdjecie malego bezbronnego szczeniaczka z czarnym futerkiem, bialymi lapkami i bialym krawatem... nie myslalam co bedzie potem... bylo tu i teraz... w ciagu pol godziny mialam juz wszystkie informacje dotyczace pieska, aby sie nie rozmyslic, od razu zaplacilam za niego, dostalam potwierdzenie i musialam czekac do konca marca, az szczeniaczek skonczy dwa miesiace i bedzie mogl opuscic swoja mame... miesiac pozniej mala, bezbronna psinka przyleciala do mnie z Florydy, merdala ogonkiem cala droge z lotniska do domu i gdy tylko wyciagnelam ja z jej klatki oblizala mnie jak stara znajoma, przytulila sie do mnie i zasnela... no i bylo po mnie... zakochalam sie w futrzaczku na zaboj... no i z dnia na dzien, po szesciu latach odosobnienia, zaczelam wychodzic na zewnatrz codziennie... po miesiacu co drugi dzien... a teraz jak uda mi sie wyjsc z pieskiem raz na trzy dni to jest dobrze... jestem przerazona... nie potrafie sie zmobilizowac do codziennych spacerow... co prawda w domu bawie sie ciagle z psinka i dbam o nia... ale wychodzenie z domu jest dla mnie problemem... milusia futrzana mordka go nie rozwiazala...na pewno jej nie oddam nikomu... ale nie potrafie ogarnac codziennego wychodzenia z domu... dni i noce przeciekaja mi przez palce i panika mnie ogarnia gdy pomysle o wychodzeniu... dlatego czesto rezygnuje ze spacerow...to jest silniejsze ode mnie... mam wrazenie, ze naprawde jestem uwieziona w szklanej klatce, z ktorej chcialabym bardzo sie wyrwac, ale niewidzialne szyby nie pozwalaja na ucieczke... cale szczescie, ze piesek zalatwia swoje potrzeby na specjalnej podkladce treningowej, ale to nie rozwiazuje problemu... moze Wasze slowa twardej prawdy prosto w oczy postawia mnie wreszcie do pionu?
Moja mala futrzana dziewczynka lezy teraz na swoim lozeczku, na pleckach, skrzywiona w bumeranga i z wystrzelonymi wszystkimi czterema lapkami w gore i z glowa polozona na brzuszku misia. Spi i posapuje glosno. Taki kochany slodziak. Bosze, przeciez jesli nie dla mnie to przynajmniej dla niej powinien mnie ktos stuknac mlotkiem w glowe, abym sie ocknela z marazmu i zaczela normalnie funkcjonowac!

Pokoj samobojcy...

"Myslicie pewnie, ze pokoj byl pusty.
A tam trzy krzesla z mocnym oparciem.
Tam lampa dobra przeciw ciemnosci.
Biurko, na biurku portfel, gazety.
Budda niefrasobliwy, Jesus frasobliwy.
Siedem sloni na szczescie, a w szufladzie notes.
Myslicie, ze tam naszych adresow nie bylo?

Braklo, myslicie ksiazek, obrazow i plyt?
A tam pocieszajaca trabka w czarnych rekach.
Saskia z serdecznym kwiatkiem.
Radosc iskra bogow.
Odys na polce w zyciodajnym snie
po trudnach piesni piatej.
Moralisci,
nazwiska wypisane zlotymi zgloskami
na pieknie garbowanych grzbietach.
Politycy tuz obok trzymali sie prosto.

I nie bez wyjscia, chociazby przez drzwi,
nie bez widokow, chociazby przez okno,
wydawal sie ten pokoj.
Okulary do spogladania w dal lezaly na parapecie.
Brzeczala jedna mucha, czyli zyla jeszcze.

Myslicie, ze przynajmniej list wyjasnial cos.
A jezeli wam powiem, ze listu nie bylo -
u tylu nas, przyjaciol, a wszyscy sie pomiescili
w pustej kopercie opartej o szklanke."
                                                              Wislawa Szymborska
                                                               Wiersze wybrane
                                                                Wydawnictwo a5

Mam przed soba pusta koperte oparta o szklanke, a za soba trzy nieudane proby samobojcze, dwa pobyty w szpitalu psychiatrycznym, serie elektrowstrzasow i jedenascie tabletek dziennie. Tak od lat. Wykruszylam ze swojego zycia ludzi.Zostalam sama ze swoimi koszmarami urojonymi i realnymi. Po wielu latach ciagle nie moge sie zdecydowac czy samotnosc, takie calkowite odizolowanie sie od spoleczenstwa, to ulga czy przeklenstwo. Depresja - rak duszy jak to ktos kiedys okreslil. To tylko i az brak woli zycia. Szklana klatka kiwajaca sie na brzegu czarnej dziury. W srodku ja. Warzywo za zycia. Depresja to czekanie. Czekanie na smierc, ktora sie gdzies zapodziala. Przeciez jest tylu ludzi chcacych zyc. Dlaczego im sie udaje?

W sumie nie wiem dlaczego zakladam tego bloga. Pomoc pewnie nikomu nie pomoge. Sobie chyba raczej zaszkodze. Cos mnie jednak pcha do tego, aby zaanektowac swoj kawalek netu. Chcialabym wyjsc z tej gestej mgly, w ktora sie wpakowalam. Kto wie, moze wroce tu z czyms wesolym, moze bede oplakiwac kolejny zmarnowany dzien lub nieprzespana noc, a moze zafunduje sobie rodzaj blogowej psychoterapii i skupie sie na jasnych stronach zycia, moze bedzie tez spowiedz, a moze bedzie to pozegnanie... a moze cudem znajde tu cieniutka nitke, ktora pomoze mi wydostac sie z tego czarnego labiryntu choroby psychicznej?

Na te noc wystarczy. Dobranoc.